Hejterownia pełną gębą

Opublikowano 12 lutego 2012, 2 Komentarzy

 

Jak ja nienawidzę hejterów.

Postęp technologii zrewolucjonizował nasze życie, tutaj nikt zaprzeczyć nie może – powszechna komputeryzacja połączona z oknem na świat, Internetem,  sprawiła, że możemy wiedzieć i mieć wszystko i wszędzie, bo przecież czego nie znajdzie wujek Google, tego nie ma w ogóle. Dzielenie się wszystkim ze wszystkimi stało się normą, a każdy z nas wymościł sobie w sieci ciepłe gniazdko, gdzie świat może się kręcić tylko wokół nas. Jednak największą rewolucją było (moim zdaniem) umieszczenie pod każdym artykułem, zdjęciem, utworem muzycznym czy innym ustrojstwem magicznego przycisku „Skomentuj”.

Och, tak, ludzkość, a Polacy to w szczególności, czuje się ekspertem od wszystkiego; byle gospodyni domowa potrafi lądować telemarkiem, jednocześnie zwijając sushi, każdy choć raz pilotował samolot (w każdych możliwych warunkach na raz, oczywiście), tajemne układy polityczne znamy na wyrywki, taki bolid to ze szwagrem po dwóch piwach za stodołą można złożyć i nawet części zostanie, co by stunningować ukochanego Forda Fiestę, a alkoholu ilości znaczne wypijaliśmy już z mlekiem matki. Prawda, uwielbiany się chełpić, uwielbiamy koloryzować i nie raz czuliśmy się nie tylko przyzwoleni, ale wręcz odpowiedzialni! by wystawić swój komentarz na każdy z możliwych tematów. I dobrze było, gdy takie barwne deklaracje padały w zaciszu własnych domów czy też na okazyjnych, rodzinnych zjazdach. Ale oto pojawił się on – wspaniały guzik komentarzy.

Niestety, nie wszyscy traktują go w sposób stricte informacyjny (bo przecież taką funkcję pełni, niczym drogowskaz przy drodze), ani nawet modlitewno-błagalnie („Och, proszę, MUSZĘ poznać Twoje zdanie!”). Nie. Większość internautów traktuje komentowanie znalezionych materiałów niczym święty obowiązek, odgórny nakaz. I o ile, po kilku latach jedzenia rosołu przy skokach narciarskich można opanować teorię gładkiego lądowania, to niestety nie oznacza to, że obcując z Internetem na co dzień nauczymy się wszystkich w nich opisanych reguł i zjawisk. Bo nawet, gdy w Internecie nie ma wszystkiego, to nagromadzenie informacji i tak przekracza moc obliczeniową przeciętnego zjadacza chleba.

Tak jak brak tolerancji, nienawiść wywodzi się z niewiedzy. Co innego nienawiść pielęgnowana samotnie, co innego wykrzyczana Caps Lockiem. I faktycznie, można krótko stwierdzić „Haters gonna hate” i zostawić wszystko samopas, lecz moja nienawiść do malkontentów przewyższa zdrowy rozsądek.

Dlatego postanowiłam zostać etatowym hejterem hejterów.

Tagi:

O autorze: Labell

 

Komentarze do: Hejterownia pełną gębą

  1. r.sienicki 13 lutego 2012 16:09

    Postanowiłem zostawić Ci komentarz, bo zdaje się, że prosisz o niego takim wpisem.

    Nie wiem co mogę ci napisać poza tym, że czuję w tym tekście ewidentną szyszkę w pupce. Komentarze negatywne i hejterowe zawsze będą. Daniel Gizicki kiedyś stwierdził, że nie jesteś naprawdę dobry, dopóki nie posiadasz własnych hejterów, którzy co chwile wracają, aby przeczytać co stworzyłeś i poinformować cię jak bardzo im się nie podoba.

  2. Filip Surma 15 lutego 2012 23:01

    Są jeszcze hejterzy z wyboru, którzy czują się lepsi mogąc komentować czy nawet mieszać z błotem innych. Robią to tylko dlatego, bo uważają, że są fajniejsi. Gdyby chociaż ich opinie były konstruktywne. Taki typ denerwuje mnie najbardziej. Do reszty właściwie się przyzwyczaiłem i przestałem ją zauważać.

Dodaj komentarz