Wiwisekcja Lady G
Opublikowano 19 lutego 2012, 1 Komentarzy
Oczywiście, zaczęło się niewinnie, acz krótko i treściwie, wpisem jednego z moich znajomych na jednym Bardzo Popularnym Portalu Społecznościowym (którego, oczywiście, teraz nikt skojarzyć nie może), który brzmiał dobitnie i właśnie tak:
Lejdi Gaga ssie.
I się zaczęło. Komentarze posypały się iście lawinowo, zamieniając się z pyskówki w istny traktat filozoficzny na temat współczesnego show-biznesu. Moje uwielbienie do tego typu polemik, oczywiście, musiało znaleźć gdzieś ujście.
Powiedzmy sobie na początek kilka faktów, mniej-więcej w chronologii punktów kłótni, która zawrzała pod tymże wpisem.
Lady Gaga umie śpiewać. Ma wokal, opanowała grę na jednym instrumencie, ma warsztat. Niedowiarkom polecam przesłuchanie najnowszej piosenki z Tonym Bennettem:
oraz nagrań akustycznych:
I tu dochodzimy do, jakby się zdawało, meritum sprawy. Muzyki. Piosenki Lady G są utworami typowo do sprzątania, albo plumkania w tle w osiedlowym salonie fryzjerskim; nieskomplikowane, rytmiczne, mocno przesterowane. Ale czy znajdzie się tutaj choć jeden naiwny, który naprawdę wierzy w to, że w tym wszystkim chodzi o nagrywanie i tworzenie? Srsly?
Na szczycie show biznesu, gdzie znajdują się wszystkie sezonowe gwiazdki, jak i weterani pokroju Madonny, chodzi o sprzedaż. Wejść w obieg, uśmiechać się do zdjęć, podpisać kontrakt reklamowy, sprzedać swoje własne nazwisko. W kulturze popularnej nie ma ludzi, są tylko marki, jak Adidas, McDonalds czy Starbucks, z wyraźnym logiem i obrośnięte tłuszczem kultu. Nagrywanie płyt? Produkt uboczny, pretekst, żeby móc zaistnieć – choć, jak pokazują przypadki, nie trzeba się aż tak wysilać, wystarczy dobre domowe porno.
Gdybym miała podawać synonim do słów „Lady Gaga”, powiedziałabym „dobry marketing”. Fakt, że ktoś nią gardzi na forum publicznym tylko to potwierdza – świetny, wyborny PR.
Podobno na drugim biegunie stoi najnowsza gwiazda sezonu, Brytyjka Adele, która swymi rzewnymi piosenkami, paradoksalnie, zawojowała listy przebojów. Na pierwszy rzut oka dwie panie różnią się wszystkim: repertuarem, gabarytami, otoczką medialną. Jakiś meloman mógłby stwierdzić, że oto świat się nawrócił i zaczyna słuchać dobrej muzyki. Nic z tego, kochanieńki.
Bo pomiędzy tymi dwoma stoi jeszcze jedna kobieta, zmarła przed kilkoma miesiącami Amy Winehouse. Chodzący paradoks; biała śpiewająca jak czarna, słodko ubrana, choć zachowująca się jak robotnik popołudniowej zmiany, na co dzień przeklinająca jak szewc, choć śpiewała ckliwe ballady o złamanych sercach. Jej pierwsza płyta „Frank” była pokrywana grubą warstwą lukru przez wszystkich krytyków. Tylko ciekawi mnie, kto by o niej usłyszał, gdyby nie zdecydowanie destrukcyjny tryb życia, który prowadziła.
Popkultura XXI wieku mówi nam, że życie prywatne gwiazd należy do nas. Dzięki temu na powierzchni utrzymuje się Germanotta, dzięki temu w UK zapanowała moda na spokojne piosenki o miłości; Adele pojawiła się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie. Znajomy, który mnie zmusił do swych przemyśleń, kilka godzin później umieścił na swojej tablicy link do piosenki Grzegorza Turnaua, jakby zapominając o swoim bólu spowodowanym gwałtownym spotkaniem z kulturą masową. A ja, bawiąc się na mojej studniowce, tańczyłam do elektronicznej przeróbki przeboju „Someone like you”. A świat jak stał, tak stoi.